logo

Pracowity czas w pamilacańskim raju

Gdy patrzę na to przejrzyste morze tuż za oknem, od razu przychodzi mi do głowy myśl, że dobrze mieć taką fajną pracę. Bo to wcale nie jest tak, jakby się mogło wydawać – nie jesteśmy na wakacjach! To właśnie jest piękne w projektach międzynarodowych: mogą odbywać się dosłownie wszędzie. Cały czas od kiedy tu mieszkamy spędzamy na zajęciach z dziećmi i lokalną społecznością. Główny cel: pomoc innym.
 
 
 
 
Malowanie łodzi i wyspiarska szkoła
 
Wróciłam do dzieciństwa! Stanęłam i żarłocznie połykałam oczami czystą łódź, która czekała na eksplozje kreatywności. Miała się już za chwilę wylać na nią nasza bujna wyobraźnia. Tak się też stało… Może nie aż tak bardzo abstrakcyjnie, ale patrząc na miny lokalnych właścicieli, wyszło nam całkiem nieźle.
Na całej wyspie, na której mieszka ok. tysiąca mieszkańców, pojawiła się pierwszy raz w historii kolorowa łódź pływacka! Tego dnia, kiedy zapaleni radością dziecka wzięliśmy do ręki pędzle i farby, przypadkiem, u sąsiada, w odpowiedniej odległości – po ty, by można było patrzeć, ale jednocześnie nie zostać za bardzo zauważonym – zebrało się pół wioski. Część przybyszów z ukrycia i z daleka, potocznie mówiąc „paląc jana” wyciągnęło telefony i aparaty i niepostrzeżenie zabrało się do dokumentacji nas i naszych wyczynów z pędzlami. Ponieważ my biali, niepokorni, zmienialiśmy delikatnie porządek usystematyzowanego po swojemu małego światka (czytaj umysłu), w którym nie było miejsca na kolorowe łodzie. Jakaż ulga spotkała nas po zakończeniu dzieła… Podoba się!! Wszyscy zadowoleni!!! Jakże przyjemnie było patrzeć na te same twarze następnego dnia, nie ukrywające się z boku, lecz uśmiechnięte, zachęcające do wspólnego zdjęcia z morskim dziełem.
 
O tym, jak przegraliśmy w siatkówkę z podstawówką
 
Kiedy nasze malarskie wyczyny rozprzestrzeniły się po wyspie, zaproszono nas już bez obaw do szkoły, aby pomalować dzieciom ściany jednego z budynków gospodarczych. Ponieważ nas było dużo, a pędzli mało, część poszła grać z koszykówkę… Przegraliśmy z liceum. Przegraliśmy z nauczycielami. I przegraliśmy z podstawówką… Hmmm… Ale czy wygrana się liczy? Niezapomniane pozostanie dla mnie wspomnienie lokalnej nauczycielki od wf-u, która nie potrafiła ukryć radości i dumy ze swoich wychowanków. Co za uśmiech… ;-)
 
 
 
 


One Response to “Pracowity czas w pamilacańskim raju”

  1. kuba ambrozik pisze:

    Czesc, macie naprawde bardzo cikawae artykuly o filipinach, ja wyjechalem z polski 30 lat temu i mieszkalem przez 20 lat w nz a reszte w au, od paru lat moja zona jest filipinka z malej pieknej wyspy w samar , almagro, bylem tam wiele razy ale rowniz na boholu i camuigin, jeszcze raz z przyjemnoscia przeczytalem wasz blog, pozdrawiam z australii, kuba

Dodaj komentarz

Current ye@r *