logo

Camiguin – czyli „came again” Island

Z pamiętnika młodej „podróżniczki”
Camiguin – czyli „Came Again Island”
Dzień pierwszy – o chodzeniu piechotą i ignorowaniu natarczywych kierowców
 
Stojąc na najwyższym stopniu promu z zachwytem obserwowałam wyspę, do której się zbliżamy. Promienie wieczornego słońca delikatnie kładły się na zielonych pagórkach samotnie wystających z rozległego morza. Chmury zabawnie obtaczały wniesienia zakrywając szczyty i przesuwały się wraz z ruchem kapryśnego wiatru. Ciężko mi było wyobrazić sobie, że cała ta piękna rozpościerająca się przede mną wyspa jest tykającym wulkanem, który niespodziewanie w każdej chwili może obudzić się ze snu.
 
 
 
Prom sunął leniwie po falach, dając pasażerom szansę delektowania się niezwykłym widokiem. Wyspa Camiguin przez wielu nazywana jest „Came Again Island”, ze względu na swoje czyste piękno, do którego chce się wracać.
 
O zachodzie dobiliśmy do portu. Jeszcze dziś mieliśmy w planach wspólnie ze wszystkimi uczestnikami wyprawy dotrzeć do resortu i rozpocząć świętowanie naszej pierwszej rocznicy ślubu.
 
Zawsze gdy na Filipinach docieramy do miejsca tranzytowego jak lotnisko, port czy stacja, od razu obtaczają nas kierowcy taksówek, jeepneyów, busów, trycykli, motoreli, wykrzykujących przez siebie: „Sir, where are you going?” Nieznajomość nowego miejsca, cen, zwyczajów można szybko wykorzystać podając 2-3 razy wyższą cenę niż powinna być. Cztery miesiące na Filipinach nauczyły mnie, że pierwszą rzeczą, jaką należy zrobić w takiej sytuacji, to nie dać się nabić w butelkę. Najśmieszniejsze jest to, że mimo tego, że z promu wysiada mnóstwo ludzi, to kierowcy podbiegają tylko do białych! Nie powiem, czasem denerwuje mnie to, że każdy obcokrajowiec traktowany jest jako chodzący portfel pełen pieniędzy. Znając podstawy lokalnego języka zdołałam opanować taktykę ominięcie wszystkich bez uszczerbku, wystawiając ich jednocześnie w osłupienie. Płynnie, z poprawnym akcentem dziękuję i odmawiam. Drugi raz nigdy nie proszą, tylko zawsze ze zdziwieniem pytają: to ty znasz visaya[1]? Odpowiadam z uśmiechem bez wahania „o-o!”[2]. Odchodząc zaledwie paręnaście metrów od portu można znaleźć transport dwa razy tańszy. Jednak po 3 i pół godzinnej podróży zdecydowaliśmy się rozprostować kości, rozruszać mięśnie i poszukać resortu na piechotę.
 
Krótki komentarz o chodzeniu piechotą
Może się wydawać, że w kraju wiecznego lata trekking i spacerowanie jest rzeczą naturalną, przynoszącą przyjemność i wytchnienie. Nic bardziej mylnego. Gorące tropikalne słońce, wilgotne powietrze i ciągła obecność morza rozleniwia mięśnie i umysł. Chodzenie (a co tu mówić o bieganiu) zabiera mnóstwo energii. Nieznaczny wysiłek osłabia i każdy ruch nogą przyprawia o kolejną kroplę potu spływającego leniwie z czoła. Właśnie dlatego trycykle i tzw. „habal-habal”[3]popularne i za malutkie kwoty kierowca może podwieźć 500 metrów do domu, wszystko byle by tylko nie iść za długo. Nie raz zdarzyła nam się sytuacja, że pytaliśmy Filipińczyków o drogę piechotą. Uparcie twierdzili, że można w to miejsce dotrzeć tylko trycyklem. Jak to – trycyklem można, a nogami nie? Po wielu naciskach z niechęcią i podejrzliwie pokazywano nam kierunek trasy do przebycia i już za 5 minut byliśmy na miejscu.
 
 
Dzień drugi – woda, zatopiony cmentarz, stary,dobry wulkan i zachód na piaszczystej wyspie
 
            Następnego dnia obudził nas szum fal i mocne promienie słońca, zaglądające nam ukradkiem przez okno. Trochę niewyspani i spragnieni po gorącym świętowaniu rocznicy wstaliśmy, szykując się na zdobycie wyspy. Pogoda bardzo sprzyjała. Życie na wyspach zazwyczaj zmniejsza pole działania. Morze nie jest tak jak na kontynencie poszerzeniem horyzontów, lecz ograniczeniem przestrzeni, podziałem życia i statycznej wody. Camiguin jako pierwsza wyspa, dzięki wysokim wulkanom dawała wrażenie przestrzeni. Mocno ukształtowane góry współtworzyły wraz z morzem zapierający dech w piersiach krajobraz. Dzisiejsze kierunki do zdobycia: najczystsze wodospady zimnych źródeł, podwodny cmentarz, stary wulkan i piaszczysta wyspa, która znika pod wodą każdej nocy.
 
 
 
 
            Pierwsza erupcja wulkanu miała miejsce w 1871 roku. Wtedy to wybuchowi towarzyszyło trzęsienie ziemi i obsunięcie się części wyspy do morza. Między innymi zatopiony został w całości cmentarz. Dzięki temu teraz jest to jedna z najfajniejszych atrakcji na wyspie: nurkowanie na podwodnym cmentarzu, wzdłuż nagrobków robi naprawdę niezłe wrażenie. Filipińczycy śmieją się bardzo z mieszkańców Camiguin, że mają o wiele bardziej pożywne ryby dzięki „topielcom”. Ten pierwszy wybuch miał miejsce w tzw.  „starym wulkanie”, który mimo tego, że jest uważany za aktywny, od czasu wybuchu nie puścić nawet pary z ust.

 

 
 
 
            Niesamowite wrażenie zrobiła na mnie plaża wulkaniczna. Piasek jak mąka, lecz w kolorze ciemno brązowym! Ziarenka bardzo mocno połyskiwały w promieniach słońca, jakby Pan Bóg rozsypał po całym wybrzeżu migoczący brokat.
 
 
 
Dzień kolejny ze krętymi drogi i z zadziwiająco ogromnymi ostrygami
 
Pierwszy raz prowadzę motor!!! Wcześniej udało mi się tylko nauczyć jeździć w pośpiechu na skuterze, lecz nie ma co się oszukiwać motor w tak gorącym klimacie, na tak pofalowanej powierzchni jest zbawiennym transportem. Wiatr we włosach i duża moc silnika sprawia, że uśmiech pojawia się sam na twarzy! Trudno się do tego przyznać, ale moje wszelkie obawy przed jazdą motorem zniknęły.
 
 

Krótki komentarz o przepisach drogowych
Przepisy drogowe na Filipinach istnieją. Nikt jednak ich nie zna. Nawet policja nie potrafiła powiedzieć nam jaki jest limit prędkości na drogach. Nikt nie zwraca nam uwagi, że jeździmy na jednym motorze w 3-4 osoby bez hełmów na głowie. Najważniejszą regułą bezpieczeństwa przed ruszeniem jakimkolwiek pojazdem jest: sprawdź czy klakson na pewno poprawnie działa!!!
Długo jechaliśmy po drogach pięknych i górzystych ciesząc się życiem i prędkością z odżywczym wiatrem zanim zorientowaliśmy się, że prawdopodobnie zgubiliśmy drogę. Skręt do sanktuarium ostryg przejechaliśmy już dawno temu, jak powiedział nam przechodzień 3-4 kilometry temu. Tak bywa w piękne dni, że serce nawet po małych pomyłkach nie przestaje płonąć, a w głowie cały czas brzmi piękna energiczna melodia, która nie pozwala nawet na chwilę wyjść z rytmu zadowolenia i zachwytu jakie życie jest wspaniałe.  Po kolejnym poszukiwaniu drogi postanowiliśmy za namową lokalnych uczniów szkoły licealnej skręcić w prawo i pojechać skrótem. Życie uczy, lecz człowiek nie słucha, każdy skrót może być przecież inny. Jak to się dzieje, że jednak skróty wychodza nam na gorsze – nie wiem. Szybko droga główna asfaltowa się skończyła i wjechaliśmy na piaskowo-wulkanistą ścieżkę obłożoną kamieniami. Jazda w dwie i trzy osoby się skończyła i my kierowcy musieliśmy pokonać przeszkody sami. Byłam z siebie baaaaardzo dumna – udało mi się przejechać cały niebezpieczny kawałek pod górę i w dół bez upadku! Poczułam wiatr w skrzydłach, żużel mi już nie straszny ;-)
 
 
 
 
Sanktuarium okazało się bardzo niezwykłe. Pod wodą zobaczyliśmy ok. 300 ostryg, a było tam ich podobno 2 tysiące! Ostrygi ogromnych rozmiarów, prawie dwu metrowe pod wpływem ruchu zamykały się z trzaskiem wypuszczając falę powietrza w naszą stronę. Ułożone były one w szeregach, dzięki temu mogłam płynąć wzdłuż rządku, a one zamykały się natychmiastowo jedna po drugiej.
 
 
 
Po powrocie nie mieliśmy jeszcze dość wody. Późnym wieczorem wyruszyliśmy nad gorące źródła. Przy tak upalnej pogodzie można kąpać się w gorącym tylko nocą. Ta kąpiel bardzo dodała uroku całemu dniu. Wyciszeni cieszyliśmy się cieplutkim basenem bijącym z pod ziemi. W pewnym miejscu gorące źródła mieszały się z zimnymi, wszystko naturalnie. Można było oddać się uzdrawiającym torturom ciała i wchodzić raz do zimnej raz do gorącej wody. Bardzo zabawnie wyglądali w tym wszystkim Filipińczycy, kiedy uświadomiłam sobie, że prawdopodobnie biorą pierwszą w swoim życiu gorącą słodką kąpiel.
 
Krótki komentarz o kąpieli.
Naturalnym jest to, że na Filipinach prawie nikt nie posiada wanny. Żyjąc na wyspach nie ma zupełnie takiej potrzeby. To samo tyczy się gorącej wody. Każdy z przyjemnością po całym dniu myje się zimną. Dla oszczędności przyjęło się także, że nikt nie posiada pryszniców – zamienia się je wiadrem i polewaczką – daje to o wiele większe wytchnienie – tak twierdzą lokalesi.
 
Każda kolejna wyspa, miejsce, każdy róg pobudza we mnie nieskrępowane pragnienie zaspokojenia ciekawości, poczucia na własnej skórze tego, co fascynuje i dodaje dreszczyku – nowego. 


[1]Bisaya jest to dialekt regionu Visaya, środkowe Filipiny
[2]Pomimo, że „o-o” brzmi trochę groźnie, oznacza po prostu TAK. Długo nie mogłam się przyzwyczaić się, że jest to twierdzenie, a nie zdziwienie czy pogróżka.
[3]Habal-habal są to motory oferowane do wynajęcie dla 1-3 osób (tak, jest to u nas normalne, że na jednym motorze mieszczą się 4 osoby). Nazwa oznacza tyle co nasze polskie „bara-bara”, powstała od skojarzenia w ruchem jaki wykonują pasażerowie motoru na nierównych i wyboistych drogach. 
 
 
 


Dodaj komentarz

Current ye@r *