logo

CARMAGEDDON po Filipińsku – czyli transport part II

Oczywiście podstawy ruchu drogowego typu jazda po prawej stronie i sygnalizacja świetlna jest tu powszechnie znana. Mimo to nie zawsze masz gwarancję na poprawny odczyt. Z moich obserwacji wynika, iż większość kieruje się tymi zasadami:

1. Większy pojazd- większe prawa i możliwości.
2.  Nie masz klaksonu, nie istniejesz!

3. Prawdziwa dziura na ulicy to taka, w której można rozpocząć budowę      metra, przez resztę drogi płyniesz jak po tafli lodu.

4. W ósemkę spokojnie możesz jechać …na motorze (tajemnica polega na  montażu belek bambusowych prostopadle do siedzenia i ciach siedzisz jak w kinieJ).

5. Przystanki autobusowe są wszędzie, wystarczy stuknąć monetą w dach jeepney’a i wysiadasz. Jadąc za autobusem bądź gotowy na wszystko.
6. Jeśli brakuje miejsca w jeepney, dostajesz pierwszą klasę podczepiony do rurek na zewnątrz lub na dachu.

7. Brak ograniczeń prędkości na drogach (no, może czasem gdy pojawi się jakaś rzeka w porze deszczowej).

8. Jeśli stojąc w korkach zachowujesz większą odległość między pojazdami niż 30 cm to wiedz, że za moment ktoś tam wjedzie.

9. Skrót nie zawsze oznacza szybszą drogę.

10. Na skrzyżowaniu jedynym ograniczeniem jest twoja wyobraźnia.
Zdarza się, że już po 15 min. jazdy w tutejszych warunkach czujesz się jak rozjechany drops – popękany, ale wciąż dobry. Bezpiecznie na ulicach to tu nie jest… i to nie dlatego, że kobiety siedzą za przysłowiowym kółkiem. Osobiście już sam raz miałem stłuczkę. Będąc pasażerem trycykla kierowca osiągnął nadświetlną prędkość 30km/h z górki (to bardzo dużo jak się potem dowiedziałem na tę maszynę) i najzwyczajniej w świecie nie zdążył wyhamować przed AUTOBUSEM, który przecież jest MAŁY, nikt go nie widzi i ma w zwyczaju wyrastać spod ziemiJCzy próbowaliśmy uciekać? Jasna sprawa, ale czas reakcji na poziomie minus dziesięć mówi sam za siebie. W konsekwencji zwisający zderzak, zbita lampa, sporawe wgniecenia po obu stronach. Zanim zacząłem się zastanawiać nad dalszymi procedurami mój Valentino Rossi przeprosił mnie z dwa miliony razy, zdążył pogadać z kierowcą autobusu, wyklepał nogą blachę w trycyklu i z uśmiechem na twarzy wrócił do pojazdu, po czym oświadczył: Jedziemy dalej przyjacielu.

Legenda głosi, że tubylcy posiadają przepisy drogowe, ale poruszanie się wg nich to zupełnie inna sprawa i to właśnie dlatego największe żniwo ofiar śmiertelnych na Filipinach jest zbierane nie poprzez kataklizmy, tajfuny, sztormy, trzęsienia ziemi, ale właśnie przez wypadki drogowe. Czy powinniśmy się dziwić? Myślę, że nie. Tym bardziej, że żyjesz w kraju gdzie 3/4 społeczności porusza się na motocyklach nawet w osiem osób. A jeśli tylko zapragniesz możesz dosłownie podnieść swój bambusowy dom, zapakować go na tira wraz z rodziną i przeprowadzić się za pomocą całej lokalnej społeczności jadąc środkiem drogi.
Skorup

 

 
 


7 Responses to “CARMAGEDDON po Filipińsku – czyli transport part II”

  1. Janek pisze:

    Byłem tam rok temu, w życiu nie widziałem i już chyba nie zobacze takiej pomysłowości ludzi w transporcie…wszystkiego :)

  2. Rafał pisze:

    Nigdy nie byłem w Azji. Na filipiny wybieram się w przyszłym roku. Chcę się tam zatrzymać na jakieś pół roku. Dotychczas za największe niebezpieczeństwo uznawałem trzęsienie ziemi – dziś zrozumiałem, że się myliłem ;)
    na marginesie świetny blog

    • Marta pisze:

      Haha! Dzięki :-) Powiem szczerze, że po roku mieszkania na Filipinach na pierwszym miejscu mojej listy niebezpieczeństw są jednak trzęsienia ziemi i tajfuny. Do całej reszty naprawdę można się przyzwyczaić.

  3. Mieszko pisze:

    I popularne u nas naklejki: „Motocykle są wszędzie” Nabierają nowego znaczenia;)

  4. Grzesiek pisze:

    Świetnie napisany tekst. Jakoś trzy tygodnie temu wróciłem z Vietnamu czytając wpis idealnie przed oczyma miałem wietnamskie drogi. Na początku uznałem, że to co tam się dzieje to kompletne wariactwo, ale po 2-3 dniowej obserwacji doszedłem do wniosku, że w tym szaleństwie jest metoda. Po trzech dniach byłem pełnoprawnym uczestnikiem drogi na skuterze (tam tylko skutery – pierdyliardy) i tak przez kolejne dwa tygodnie. Nie widziałem ani jednej stłuczki, ani jednego potrącenia, co w Europie przy tym zagęszczeniu pojazdów musiałoby się skończyć źle. Piękny trip polecam.

Dodaj komentarz

Current ye@r *