logo

Raz, Dwa, Trzy… Lecę.

Raz, Dwa, Trzy…
                Lecę w dół 75m swobodnym spadkiem. Przede mną w błyskawicznym tempie zarysowują się korony drzew.
                Zaczynam je dosięgać gdy nagle… lina się odchyla i zaczyna robić wahadło.
                To nie jest zły sen, lecz Danao Adventure Park.


                Wstajemy o 6.30 przed nami prawie 100 km drogi na motocyklu, co później będziemy jeszcze długo wspominać, jęcząc z powodu obolałych tyłków od filipińskich dróg. Na ogół solidne z betonowej płyty, po to by nagle zza zakrętu zacząć solidny off-road.



         Stajemy 7-10 km przed Parkiem w Danao, jemy tam w lokalnym barze, żeby nic nam nie ciążyło przed wysiłkiem. Nie cierpiąc zwłoki szybko ruszamy. Goni nas burza. Po prawej całe niebo jest zakryte. Mimo to, Filipińczycy jak zawsze uśmiechnięci mówią: jedziemy! My za nimi, nie będziemy gorsi. Zaczynają się pierwsze błyski. Łapie nas ulewa, lokalne drogi zamieniają się w koryta rzeki. Zdobywamy kolejne metry w górę, gdzie robi się już tylko gorzej…

                Dojeżdżamy przemoknięci i zziębnięci. Tak, jest to możliwe nawet na podrównikowych wyspach. Dla mnie to ulga. Wiatr rusza gałęziami. Każdy następny piorun zbliża się do nas.
Łup! Grzmot! O kurcze, widziałeś to? Piorun poleciał w budynek dalej. Takiego silnego deszczu i wyładowania w Polsce nie widziałem. Lokalni na to, że tak właśnie wygląda tajfun. Cóż, wszystko ma swoją cenę, nawet mieszkanie w raju. Burza zaczyna się oddalać, teraz tylko pada, więc idziemy na atrakcje.


Wszyscy chcemy zobaczyć plunge z największym swobodnym spadkiem na świecie. Całą atmosferę podgrzewają opowieści kompanów, jak się bali robiąc to ze śmiechem szalonego. Widzimy klif, w dole rzeka. Robi wrażenie, w dół jest ponad 100 metrów. Podchodzimy do obsługi. „Czy można skakać? Nie, piorun który w nas walnął uszkodził wciągarkę. Może pod wieczór naprawimy – szumi krótkofalówka – ale jeżeli chcecie, jest akurat dla was miejsce na 4-godzinną podróż w jaskini.” Nadal cali zmoknięci lecimy do innego punktu.

Płacimy 350 peso czyli 28 zł, zakładamy kaski, opróżniamy kieszenie, aparat do suchej torby i jedziemy. Jeszcze tylko pytanie do oprowadzającego: „zmieniać buty, czy japonki są OK? Jasne, idź w japonkach”. Sami przewodnicy przecież je noszą. Schodzimy w dół, po drodze skały wapienne i glina. Wszystko się ślizga, co chwilę jakiś dobry anioł stróż nas chroni przed upadkiem. Japonki się nie nadają. Dochodzimy do jaskini. Wejście jest, ale 2,5 metra nad ziemią, po to by za chwilę zejść 4 metry w dół. Już to widzę: w Europie byłby wielki znak zakazu wchodzenia w japonkach, klapkach i sandałach, ale tu nikt po prostu nie ma innego obuwia. Przeciętny Niemiec, nie odważyłby się pokonać takiego odcinka bez solidnych treków za kostkę. Obsługa profesjonalna, pokazuje nam krok po kroku gdzie stawiać nogi i nawet ostatni w kolejce Filipińczyk o kształcie puszystej pandy przechodzi.


Stoimy prawie po kolana w wodzie, ale to dopiero początek. Co chwilę słychać jak ktoś robi brzdęk kaskiem o ścianę, jak dobrze, że je mamy! Maszerujemy. Przewodnik pilnuje miejsc gdzie są pod wodą skały, które mogą naciąć nogę. Nagle wszyscy się kryją: nad naszymi głowami przeleciał jeden z nietoperzy. Stan wody jest podwyższony. Mijamy stalaktyty i stalagmity. Informacji prawie nikt nie udziela, bo po co, skoro natura nas otaczająca jest taka piękna. Wspinamy się na kolejne skały, aby potem zeskoczyć do wody, sięgającej aż do szyi. Kolejna przeszkoda: ściana – przejścia nie widać. Trzeba zanurkować prowadzonym za rękę przez przewodnika. Kolejna wspinaczka, tym razem mamy wodospad, który zrywa sandały z nogi. Czołgamy się w błocie, robimy zdjęcia, widzimy białe kraby, a prowadzący w końcu udziela nam ważnej informacji: „w wodzie są węże, jak świecicie latarkami na kaskach, to za wami podążają” – dziewczyny robią wielkie oczy. Kończymy zmoknięci, wygłodniali, ale przeszczęśliwi.


Lecimy na ślizg – czyli zjazd na linie, tutaj nazywanym suislide, czyli gra słów suicide – samobójstwo, slaid- ślizg. Dodaje nam to otuchy, a do przejechania w sumie 500 metrów. Mamy jechać w kaftanach. Śmiejemy się, aby dodać sobie odwagi, że po drugiej stronie jest szpital wariatów i się już stamtąd nie wraca. Mateusz pierwszy jak zawsze. Leci i słyszymy tylko „ziuuuuum” oraz śmiech. Za nim dojedzie do końca, ja już jestem przypięty i jadeeę….Co tu dużo mówić, jest pięknie. Pode mną 100 metrów do rozbicia się w kanionie rzeki przepływającej w dole.


Wszyscy kończymy cali zdrowi i rozgrzani przed najgorszym: plunge. W drodze nasi przyjaciele Filipińczycy suszą zęby i przytakują głową, jakby chcieli mi sprzedać jakiś kit. Dochodzimy i oglądamy jak ludzie na trapie płaczą i krzyczą: po co my to robimy?? Na dodatek trap się delikatnie obsuwa. Osoby spuszczone wyglądają jakby świat ich oszukał. Podwieszone do liny czekają na nagły spadek kilkadziesiąt metrów w dół. Jest strasznie, waham się, ale standardowa motywacja działa: Mateusz idzie, no to ja nie pójdę? Ciało rozgrzały emocje, na zewnątrz spokojny, ale w środku zwątpiony. Takie rzeczy warto robić, żeby dowiedzieć się dużo o sobie. Podobno czasami obsługa, gdy już cię puszcza krzyczy: „o nie! On nie jest zapięty!”. W głowie już sobie układam, którego z nich pierwszego w takim przypadku znokautuje i jakim ciosem po takim żarcie.


Raz, Dwa, Trzy…
„Are you ready? – słyszę i chciałbym odpowiedzieć Houston, we have a problem, ale odpowiadam – I will never be ready for this!…”
BAM! Nawet mam napisane BAM na koszulce!


                Lecę w dół 75m swobodnym spadkiem. Przede mną w błyskawicznym tempie zarysowują się korony drzew.

                
Zaczynam je dosięgać gdy nagle… lina się odchyla i zaczyna robić wahadło.

Prostuję ręce, aby w duchu odmówić modlitwę. Bujam się na linie, po lewej mam pięknie oświetlone wzgórza zachodzącym słońcem. W tle widzę wizytówkę wyspy- Czekoladowe Wzgórza. Tu nikogo nie słyszę. Jestem sam, w dole tylko szumi woda. Jest po prostu romantycznie. Strach już dawno minął, pozostała euforia. Kontempluję chwilę i chcę pozostać tu jak najdłużej.


Powoli wciągany jestem na górę. Odpinają mnie, przytulam żonę ciepło, gdy za plecami słyszę nagle syk i wybuch. Odwracamy się, a nad wyciągarką wisi ciemna chmura, a ze środka błyska prąd…
W takich momentach aż trudno uwierzyć, że to wszystko bez powodu. Zaczyna się ściemniać, a my szczęśliwi z planami na kolejną wizytę wracamy do domu.
Piękny dzień.
O samym Danao słów kilka: miasto leży na północy wyspy Bohol. Znane w kraju, z twardych ludzi, którzy ostatni poddali się Hiszpanom, kryjąc się w swoich jaskiniach. Okolica jest biedna, nie ma tu przemysłu, a o pracę ciężko. Park jest doskonałym przykładem wysokiej klasy turystyki. Pracę odnaleźli tam tubylcy, a z pieniędzy z biznesu mieszkańcy mają darmową opiekę medyczną i edukację. Co za klasa, tylko się od nich uczyć.

Felek
fot.: Marta i Mateusz



2 Responses to “Raz, Dwa, Trzy… Lecę.”

  1. Aga pisze:

    Aż nie chce mi się wierzyć, że spotkaliście Filipińczyka o kształtach puszystej pandy :P ;)

  2. aasok1 pisze:

    oooooo Feleeekkk!!! Ale macie przygodę! Wszystkiego dobrego Wam życzę! Wracajcie do Polski szczęśliwi i z milionem wspomnień! Mam nadzieję, że kiedyś będzie nam dane się spotkać i poopowiadać o tych wszystkich historiach.
    P.S. będę Was tu śledzić ;)
    pozdrawiam z prawie już wiosennego Poznania!
    Alicja

Dodaj komentarz

Current ye@r *