logo

Jak mieszkamy?

Gdzie mieszkamy?
Przyjechaliśmy tu zaledwie parę dni temu, a nadal czujemy się tu tylko gośćmi – i wydaje mi się, że to się wcale nie zmieni. Jesteśmy gośćmi rodowitych panów tej przestrzeni – dzikich zwierząt, roślin, przyrody, która w tym miejscu jest praktycznie nie-do-opanowania. Czuć ją wszędzie, pcha się drzwiami i oknami do naszego przytulnego murowanego domu, który służy głównie jako centrum naukowe i badawcze nad wyginającym pokoleniem tarsierów – małych zwierzątek, które dla przeciętnego człowieka wyglądają jak małpo-szczuro-nietoperzyce, o wielkich brązowych oczach. Pierwsze skojarzenie nieodzownie prowadzi do mistrza Jody – bohatera gwiezdnych wojen. Przyzwyczajamy się powoli do obcowania z nimi, ponieważ przez najbliższe 6 miesięcy będziemy żyć wspólnie pod jednym dachem niebios, oddaleni od siebie jedynie o paręnaście metrów. Śmiejemy się często, że po naszym pobycie Tarsiery wzbogacą się o nowe pokolenie młodych o Europejskich, niebieskich oczach. Ale o nich dłużej innym razem.
Jak się mieszka w dżungli…? To jest dobre pytanie. Byliśmy święcie przekonani, że będziemy (w szczególności nocami) żyć tu sami. Jednakże pierwsza noc tutaj uświadomiła nas w jak okropnym błędzie trwaliśmy. Myślę, że należy zacząć od tego, że główny opiekun naszego życia tutaj, pięćdziesięciosześcioletni, długowłosy Carlito, założyciel fundacji ochrony Tarsierów, uświadomił nam w iście filipińskim stylu – czyli na samym końcu długiej i miłej konwersacji, kiedy siedział już na skuterze, chwilkę przed odjazdem – że nie wie dlaczego, ale wysiadła elektryczność, dlatego w razie czego przygotowano nam świeczki. Uuuu… Od razu pomyślałam, że noc czeka nas z pewnością romantyczna. Tuż przed zmrokiem (który na Filipinach jest przez cały rok mnie więcej o tej samej godzinie, ok. 19) postanowiliśmy wziąć prysznic czyli ochłodzić się korzystając z węża ogrodowego. Nie wiem skąd pochodzi ta woda w środku dżungli, ale Carlito twierdzi, że jest pitna i z uśmiechem na twarzy pije ją, zachęcając do pójścia za jego przykładem. Zawsze kategorycznie odmawiamy, mając na uwadze nasze czułe na zmiany polskie brzuchy, ale nie powiem, odważyliśmy się korzystać z niej jako jedynej możliwości pełnego umycia się. Na Filipinach prysznic jest rzadkością. Najczęściej w domach spotyka się jedynie kranik, wiaderko i polewaczkę.
Nie bardzo potrafię opisać jak zbawienna jest zimna woda i jak przyjemnie jest być zupełnie samemu, w totalnej cywilizacyjnej ciszy, słuchając jedynie tak różnorodnych odgłosów natury, których nawet nie staramy się rozpoznawać, gdyż są dla nas jeszcze zbyt obce i dzikie. Cieszymy się każdą chwilą.
Jak już wspomniałam nie mieszkamy sami- nasi współlokatorzy przedstawili się dopiero po zmroku, gdyż wtedy rozpoczyna się czas szukania pożywienia. Mieszka z nami cała rodzina gekonów: na razie naliczyliśmy ich gdzieś z dziesięciu członków rodziny, o różnych wielkościach, największy był ok. 40 cm. Jest też tu parę jaszczurek, ale one dopiero się wprowadzają, karaluszki i cała plantacja mrówek, które goszczą u nas już od dawna. Ogromne ropuchy i małpy przez całą noc rechoczą i krzycza przypominając, że one też tu są.Marta
fot. MP


4 Responses to “Jak mieszkamy?”

  1. Magda Jahn pisze:

    Melduję, że zaprzestałam pracę nad teleportem do Was ;)
    Gekony pokonały całe urokliwie piękne Filipiny.
    Czekam na kolejną dawkę informacji prosto z dżungli :)
    Ściskam Was serdecznie a tego bogacza to nawet i całuję ;)

  2. Ola Zw pisze:

    :) to chyba również nie dla mnie. Magdaleno, zostajemy na racławickiej :)

  3. Paulina Dytko pisze:

    Widzę że świetnie dajecie radę :) Pozdrawiam z zimowej Polski :*

  4. Ananasy pisze:

    Warunki takie obozowe:) Pokażcie te Tarsiery.
    Pozdrawiam
    K.Słuch ;)

Dodaj komentarz

Current ye@r *